sobota, 8 lutego 2014

Z perspektywy Zeusa

Narada bogów
 
Nie rozumiem, co moje dzieci i rodzeństwo widzą złego w naradach bogów. Od czasu do czasu muszę pogadać i pokazać swoją wyższość. To normalne. Na Olimpie, wszyscy uważają się za wielkich władców... Phi... Może Demeter ma te swoje zboża, a Dionizos wino, ale ja mogę im to szybko i skutecznie zabrać. Ja tu rządzę. Trzeba im to uświadomić. 
-No zacznijmy wreszcie!- marudził Apollo- Moja cera długo tego nie wytrzyma!
-Chyba szybciej Atena zgłupieje, niż Zeus zacznie gadać... -dopowiedział Ares
-Ekhem... Ja tu jestem. I wszystko słyszę!
-Dlaczego mnie to nie dziwi? -zaczął tym razem Hermes- Lubisz podsłuchiwać śmiertelników i nie tylko...
-Dość! Starczy! Zaczynamy naradę bogów!- krzyknąłem, bo nie mogłem znieść tych pogaduszek.
-Nareszcie!- po sali tronowej rozszedł się stłumiony okrzyk radości większości bóstw. Zauważyłem jednak, że kogoś brakuje. Iris. Ale nie miałem zamiaru czekać na jakąś roztrzepaną, wiecznie spóźnioną boginię. Tak naprawdę spóźnia się tak już od roku. Nie wiem, co się z nią dzieję, ale jest wiecznie zabiegana... Tak szczerze mało mnie to obchodzi, bo tu na olimpie nawet zjedzenie własnego dziecka to normalka, ale ja po prostu lubię nowe, sensacyjne wiadomości i afery, pod warunkiem, że nie dotyczą mnie.
-Witam. Jak wiecie, zebrałem was wszystkich, nawet najmniejsze bóstwa, aby jak co miesiąc przedyskutować sprawy ważne dla nas, na Olimpie, i dla śmiertelników.- zaczynam.
-Chyba, żeby się pochwalić nowym półbogiem...- Dionizos trąca Artemidę ramieniem i jak zwykle próbuje ją poderwać, ale ona tylko przewraca oczami, jak to mają w zwyczaju boginie wiecznego dziewictwa. Śmieję się w duchu, że ten stary poczciwy bóg wina chce poderwać wiecznie młodą boginię. Choć nie zaprzeczę., że jest to jedna z piękniejszych. I znowu się zaczyna. Afrodyta rozsiada na tronie w tej swojej czarnej falbaniastej sukience, wyciągając prosto swoje piękne, długie nogi. Jej oczy mienią się wszystkimi kolorami świata. Hefajstos zakłada jej rękę na ramie, przeciągając się z szelmowską miną. Ona tylko wywraca oczami, ale później spogląda zalotnie na Aresa, który zdejmuje okulary przeciwsłoneczne. W jego oczach płoną teraz jeszcze bardziej rozżarzone płomyki. Po chwili zorientowałem się, że stoję przed swoim tronem wpatrując się w Afrodytę z otwartymi ustami. Hades chichocze zakrywając twarz kapeluszem, a Eros patrzy na mnie z uśmiechem cichego zabójcy. Hefajstos dymi ze złości, a Posejdon dosłownie pokłada się ze śmiechu.
-Dobra, to się wytnie. Kontynuujmy. I jeżeli możecie, starajcie się mi nie przerywając, swoimi tekstami godnymi ewentualnie Konia Trojańskiego. -mówiąc to spoglądam porozumiewawczo na brata, boga móż i na Apolla. ten modniś momentami mnie przeraża. Jego cera lśni od kremów nawadniających, a okulary przeciwsłoneczne oplatają pnącza cisu. Nimfy obsługujące dosłownie lgnął do niego, a on tylko uśmiecha się szelmowsko. Przypomina mi syna Hermesa, Luka Castellana, czy jak mu tam, którego Kronos wybrał sobie na idealne ciało do opętania. Taki sam wysoki blondyn, z którym chodziła moja córka, Thalia Grace. Ale ona została łowczynią Artemidy, odkąd Luke zginął, próbuje pozbierać się po stracie ukochanego.
-No dobra. Mamy pewien problem, konflikt pomiędzy bogami. Hermes uważa, że... -nie mogę skończyć, bo do sali wbiega Iris. Ma podarte spodnie i bluzkę. Jest blada jak ściana. Przez chwilę stoi w miejscu z miną wystraszonego kota, a chwilę potem za nią słychać kroki. Mało powiedziane. Słychać łomot ogromnych stup. Chwilę potem rozlega się alarmowy dzwon.
-Iris, dziecko co z tobą?!- nie zdążyła odpowiedzieć, bo padła jak długa na twarz. Podbiega do niej stadko nimf obsługujących, a za nimi Dionizos, który od dawna się w niej kocha. Posejdon biegnie sprawdzić co się dzieje. Wszyscy uzbrajają się w swoją broń i atrybuty. Tylko Hades siedzi spokojnie. Hahah... Już rozumiem. Kolejny ogromny duch potwora powstały z podziemia. Hades próbuje się z nim porozumieć.
-Wszyscy mężczyźni do przodu! Demeter, Persefona i Hestia! weźcie Iris do sali chorych. Reszta kobiet niech osłania tyły!- rozkazuję wszystkim, ale po chwili Persefona pada przerażona na ziemię. Ares złapał ją i poniósł do szpitala. W tym momencie wszyscy stanęli jak wryci. Do sali wbiegł ogromny na sześć metrów olbrzym. Trzyma w ręku coś, raczej kogoś... Jest ich kilka. To Łowczynie Artemidy, poznaje je po srebrnych strojach i łukach w rękach. I wtedy spełniają się moje najgorsze koszmary. Te wyrzuty sumienia, które mówią mi, że słabo chronię swoje półboskie dzieci. W drugiej ręce, potwór ściska Thalię. Dziewczyna jest nieprzytomna, gdy inne łowczynie walą potwora łukami i czym się jeszcze da.
-Rzućmy mu Hefajstosa!- krzyczy Ares
-Nie, za brzydki, nawet potwór go ni zechce! -odparowuje Apollo.
-Halo! Moja córka tam umiera, a wy kłócicie się, kogo pierwszego rzucić na pożarcie!- krzyczę trochę ze złością, a trochę z irytacją i sarkazmem.
-Dobra, dobra, spoko...-opanowuje sytuacje Ares-Moje dzieci nie miały tego problemu!
-Ugh... Dionizos pnącza!-wrzeszczę ile sił w płucach- Posejdon! Zajdź go od tyłu i uderz falą! Ares i Hermes lecą po inne łowczynie, a ja wezmę Thalię. Artemido, wiesz, co mas zrobić! -mała bogini kiwa porozumiewawczo głową i strzela w potwora strzałami. Hefajstos pali nogi potwora ogniem ,a Hades krzyczy coś po Grecku, ale jest tak głośno, że nic nie słyszę. Tworzę burzową chmurę, mając cichą nadzieję, że mój brat krzyczy do Potwora. Podlatuje do Thali i widzę, że z jej ust sączy się krew. Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. Jestem tak zdenerwowany, że przestaje nad sobą panować. Strzelam piorunami na oślep. Nagle robi się zupełnie ciemno. Czuję odór potwora zamienionego w pył. Wstaję z ziemi i przywołuje światło. Wszyscy bogowie leżą na podłodze i wpatrują się we mnie z podziwem i strachem jednocześnie. Ocknąłem się pierwszy i podbiegłem do Thalii. Dziewczyna dalej leży nieprzytomna. Przywołuje wszystko i wszystkich do porządku. Każę nimfom przynieść wody i lodu, ale Afrodyta była szybsza. Obłożyła czoło półbogini lodem i przyklękła obok niej ze szklanką wody. Apollo kucnął przy dziewczynie i używając greckich zaklęć uleczyć rany na jej ciele. Nastąpiła chwila trwogi. Obudzi się, albo nie. Możliwe, że straciłem jedno z dwóch półboskich dzieci. Łzy kręcą mi się w oczach, ale Thalia odzyskuje przytomność. Kaszle i otwiera oczy. Próbuje usiąść, ale bogini miłości radzi jej, aby się położyła. Ares wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju gości. Inni bogowie rozeszli się, a nimfy poszły doglądać Thalii i innych chorych i zranionych łowczyń. Zostali ze mną Apollo i Afrodyta. 
-Dziękuje wam -mówię z trudem próbując pozbierać się po tym, co się stało- Uratowaliście ją.
-E tam...-mówi z obojętnością bóg sztuki- Ja robię to co zawsze. Uzdrawiam, a później olśniewająco wyglądam.- Afrodyta wywraca oczami, ale za odzywa się:
-Ja mam słabość do półbogów- mówiąc odwraca się w drugą stronę, zabiera szklankę i lód. Wychodzi z Apollem.
-Naradę bogów uważam za zakończoną.-mówię patrząc się w głąb pustej sali i wsłuchując się w odgłosy krzątaniny dochodzące z daleka- Dziękuje wszystkim za uwagę, możecie się rozejść.
***********************************************************************************


 

2 komentarze:

  1. (Szczerze? Nie trzyma się tego, co mówili inni bogowie! Cóż, chyba, że to akcja z Wiktorią działa się później... I muszę Ci pogratulować Rachel, dobrze odegrałaś postać Apolla. Co z bójką między Hefajstosem, a Aresem? )

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobra, ale staram się, tak? -.- Dzięki za gratulacje...

    OdpowiedzUsuń