Tak, tak... Wiem. Dawno się nie odzywałem. Naprawdę mi (nie)przykro. Nie rozumiem... Co do mnie ma moja rodzina? Przecież ja się staram jak mogę, aby im dogodzić, a oni mnie olewają... Hestia siedzi tylko przy tym ognisku jak na haju i wyśpiewuje jakieś piosenki. Apollo jej pomaga i jak zwykle podrywa każdą dziewczynę, jka mu się nawinie. Nie ważne, czy to bogini, półbóg czy śmiertelniczka. Nie zdziwię się, jak umówi się z własną, półboską córką. Hades szlaja się z nim po McDonaldzie. Nie.. Ja tego nie zniosę. Bądź spokojny...Oddychaj.. Jak mam być spokojny! Rodzina mnie olewa, wszyscy mają jakieś pretensje. Muszę się wyżyć na jakimś śmiertelniku... Najlepiej na takim niewinnym... To może teraz opowiem wam taka krótką hiostorię z przed dwóch dni. Było to tak:
-Artemis, siostra, gdzie ty się dziecko szlajasz, tak po nocach?- jak to ma w zwyczaju, zapytał Apollo.
-Apollo... Nie przeginaj. Jadę na poważną misję... A ty nie możesz mi tego zepsuć...- odpowiedziała cedząc przez zęby wkurzona Artemida. Szczerze, współczuje jej. Ten wyrośnięty dzieciak łazi za nią jak za nutellą. Ma wzrok, jakby miał chęć przelecieć własną siostrę... Ale wróćmy do tematu. Tak naprawdę, ta historia nie ma nic o olewaniu mnie, ale po prostu wam ją opowiem, żebyście wiedzieli, jakim młotem jest ten bóg 'niby' sztuki...
-Joł Artemis!- z daleka słychać krzyk męskiego głosu i odgłosy imprezy- Cudnie, że wpadłaś!-Artemida wywraca oczami i pada na fotel w samochodzie Apolla, zanim Dionizos zdążył dojechać balangującą karawaną do Apolla.
-Co ty tu robisz młody?-pyta Dionizos z takim uśmiechem, jakby miał zbyt niecne jak na boga wina plany.
-Spadaj Dionek- Odpowiada Apollo z tą samą miną cichego zabójcy- To bogini wiecznego dziewictwa, nie uda ci się. A zresztą, łazi za nią Ares, nauczył ją, co to jest prawy sierpowy...
-Cicho bądź Apollo!-szepcze, nie szepcząc bóg wina-Bo nas usłyszy! Ja... Ja... Ja po prostu chciałem pomóc jej w misji....
-Jesteś dla niej za stary... Czym byłyby dzieci Dionizosa i Artemidy.. Phi... Bogami alkoholizmu i cichego gwałtu...
-Ugh... Spadaj dzieciaku.... Widziałem Afrodytę, na drugim końcu polany.
-Oł jee! To ja lecę...- krzyknął Apollo i poprawił okulary. Zgrabnym ruchem wyprosił Artemidę z samochodu i pojechał z prędkością światła.
-No siema maleńka- Dionizos krokiem napitej żyrafy podszedł do Artemidy i złapał ją w talii- Współczuje ci, że masz tak idiotycznego brata...
-Spadaj Dionizos...-warknęła Artemis odpychając rękę Dionizosa- Mam was już serdecznie dosyć! Bóg to Bóg, powinien załatwiać obowiązki... A, no tak. Twoim obowiązkiem jest picie wina...
-Maleńka, po co tyle gadania, przejdźmy do rzeczy!
-Spadaj powiedziałam!-dosłownie. Pod Dionizosem w ziemi otworzyła się ogromna szpara. Bóg wina spadł w dół z hukiem. Artemida przez chwilę stała oszołomiona tym, co się stało. Ale ocknęła się.
-Dobrze mu tak.- powiedziała wzruszając ramionami.- Należało mu się.-Wsiadła na przywołanego pegaza i odleciała w stronę Olimpu.
I później musieliśmy znów ogłaszać naradę bogów, aby opatrzeć Dionka i ustalić, kto zawinił...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz